17 września rozpoczęła się gehenna – mój felieton sprzed kilku miesięcy

W kazachskim stepie

Dopiero niedawno dowiedziałem się o śmierci związanego z Bydgoszczą profesora Kazimierza Obuchowskiego. Autor „Człowieka intencjonalnego” przez wiele lat wykładał na UKW psychologię. Pamiętam nasze jedyne spotkanie w 1998 r., gdy udało mi się namówić Profesora na wywiad do prasy studenckiej. Przyjął mnie w swoim gabinecie w budynku uczelni przy ulicy Leopolda Staffa, a właściwie poświęcił mi – początkującemu adeptowi sztuki dziennikarskiej – kilka godzin. Otrzymałem od niego świetną książkę „Przez galaktykę potrzeb”, opatrzoną bardzo życzliwym wpisem. W trakcie rozmowy, Obuchowski wyczuł moje historyczne zainteresowania i opowiedział o swoim ciężkim dzieciństwie. W 1940 r., gdy miał zaledwie 9 lat, został wyrwany wraz z rodziną ze swego rodzinnego raju (Wołożyn opodal Nowogródka) i wywieziony przez Sowietów w głąb ZSRR. Przebywał m. in. w osadzie Ces koło Majkainu w Kazachstanie. Do kraju powrócił dopiero sześć lat później, osiedlając się w pomorskim miasteczku Łobez. Słuchając go, miałem wrażenie, że jak mało kto w tym kraju, posiadł dar formułowania pewnych teorii dotyczących tamtego regionu. Zapamiętałem, że najciekawsza część naszej rozmowy dotyczyła wydarzenia z roku 1953; Obuchowski opowiadał mi o śmierci generalissimusa Stalina. Znaną jest sprawą, że ludzie po śmierci tyrana płakali. Profesor jednak twierdził, że spotkał się z wieloma takimi reakcjami, z których wynikało, że po śmierci dyktatora płakali nie tylko beneficjenci systemu komunistycznego, ale też ludzie, którzy znaleźli się w stalinowskich obozach, którzy byli przeciwnikami tego reżimu i, co tak trudno dzisiaj pojąć, były to łzy autentyczne. Zdarzali się i tacy ludzie, którzy uznawali, że Stalin, choć ludobójca, był kimś w rodzaju męża opatrznościowego.
Jest to jeden z tych tematów, który nurtują mnie faktycznie całe twórcze życie. Jaki wpływ mają ekstremalne przeżycia na twórczość artysty, badacza? Otóż proszę bardzo. Podarowaną mi przez Obuchowskiego książkę otwieram na stronie opatrzonej nagłówkiem kolejnego podrozdziału: „Sens życia w warunkach zsyłki syberyjskiej”. Kilka linijek poniżej pojawia się zdanie, z których słynął ten wybitny naukowiec: mądre, konkretne, przemyślane, a dodatkowo niezwykle autentyczne: „Rola sensu życia ujawnia się szczególnie wyraźnie w warunkach trudnych ekstremalnie z założenia, to znaczy takich, które zostały stworzone w celu zniszczenia osobowości i zredukowania jednostki do przedmiotu”. Otóż Profesor bada różnice pomiędzy dwoma totalitarnymi systemami, a właściwie stara się odpowiedzieć na pytanie, patrząc na problem z perspektywy ofiary zbrodniczego systemu: co należałoby zrobić, żeby przetrwać obóz zagłady, czy zsyłkę w sowieckim stylu. Według przytaczanych przezeń teorii dotyczących hitlerowskich obozów zagłady należałoby „wyłączyć się”, „trwać jak kamień”. Taką postawę poleca były więzień obozu Sachsenhausen Stanisław Pigoń. W tym jednak miejscu Obuchowski podaje za przykład los polskich kobiet i dzieci, mieszkańców Kresów, wywiezionych 13 kwietnia 1940 r. do Cesu opodal Majkainu. One nie mogły nic nie robić, choćby z tego względu, że w kazachskim stepie nie było kwater, brakowało jedzenia. Teoria „trwania jak kamień” de facto oznaczałaby szybką śmierć. Szanse przetrwania zwiększała życiowa aktywność, choć jak powszechnie wiadomo zsyłkę przetrwały tylko najsilniejsze organizmy. Obuchowski przytacza wypowiedź naczelnika obozu: „Będziecie musiały tu umrzeć, ale czas przeżycia będzie zależał od waszej pracy”.
Ale człowiek nie poddaje się. Kobiety miały pod opieką dzieci. Uważały, że muszą żyć dla nich; druga sprawa: uważały, że mają obowiązek wobec zaginionych podczas zawieruchy wojennej mężów. Może gdyby w tamtym czasie wiedziały, co się faktycznie z nimi stało (ojciec profesora został zamordowany w Katyniu), to sens życia i związana z nim aktywność byłaby mniejsza, ale o prawdziwym losie polskich oficerów nikt wtedy jeszcze nie wiedział.
Pamiętam, że na końcu rozmowy, próbowałem zreasumować ją jakoś i spytałem się wprost: „Co więc należałoby zrobić, żeby przetrwać tę straszną poniewierkę?”. Profesor zasępił się trochę i odpowiedział mi: „Trzeba było mieć, tę niezwykłą moc, polskiej kobiety z Kresów, mieć tę niezwykłą moc”.
W jednym z przypisów podarowanej mi przez profesora książki pojawia się taka oto informacja: „Gdy byłem na granicy śmierci głodowej i mogłem tylko pełzać, nakarmiła mnie obca osoba, Pani Monika Budkiewicz. Mojej matce już nie mogła nic dać”.

Dodaj komentarz