fragment recenzji książki Alicji Bykowskiej-Salczyńskiej „Cno” zamieszczonej w 6 numerze tegorocznej „Gazety Kulturalnej”

Krew
jest zawsze
czerwona

W najnowszym zbiorze wierszy olsztyńskiej poetki Alicji Bykowskiej-Salczyńskiej „Cno” pobrzmiewają echa wojny. I nie chodzi tylko o konflikt zbrojny, o działania na froncie, ale przede wszystkim o skutki, które niesie ze sobą wojna. Zapewne nigdy nie doszłoby do ludobójstwa na Wołyniu w 1943 roku, gdyby nie splot pewnych tragicznych okoliczności;
nigdy nie doszłoby do koszmaru niemieckiej ludności cywilnej zimą 1945 r. w Prusach Wschodnich, gdyby nie fatalne decyzje Adolfa Hitlera celowo opóźniające ewakuację. Mówię o wielkiej historii w kontekście życia zwykłych ludzi. Czasami ta historia, jak nieproszona pani, wchodzi w butach do ich życia, a nawet je miażdży. Najpierw miażdży, a potem dopisuje fikcyjne zakończenie, tak jakby na wszelki wypadek, dla zmylenia tropów. Autorce zbioru znane są pewnie straszne wydarzenia, które rozegrały się w styczniu 1945 roku w Kortowie, obecnej dzielnicy Olsztyna. Wchodzący do Kortowa czerwonoarmiści z zimną krwią wymordowali hospitalizowanych w lazarecie wojskowym niemieckich żołnierzy a następnie w taki sam sposób rozprawili się z personelem medycznym. Kilka dni później, nakręcili kronikę filmową, na której widać wspaniałą szarżę żołnierzy Armii Czerwonej. Nic o zbrodni, a wiele o bohaterstwie. Taką papką propagandową zostali później nakarmieni mieszkańcy Kraju Rad. To są te właśnie fikcyjne zakończenia. Piszę o tym, bo choć zbiór poświęcony jest tragedii Polaków na Wołyniu, hekatombie tysięcy ofiar, to na początku zbioru znajduje się ironiczny tekst „Sen o Warmii”, z którego wyłania się sielankowa kraina mlekiem i miodem płynąca… Jest to pewnie tylko taki prolog, trochę na zasadzie kontrastu, żeby pokazać jak dobrze można żyć, gdy świat wyzwoli się od nacjonalistycznych szaleństw. Ważną osią całego zbioru jest podróż, w którą podmiot liryczny zabiera nas na Kresy. Ta podróż jest jakby wpisana w sam tytuł, bo przecież kiedyś nawet często używano czasownik „cnić się”, czyli „tęsknić za czymś lub za kimś” (cno czyli tęskno; albo też w znaczeniu „do cna”, czyli: „do kresu” ,„doszczętnie”, „całkowicie”). I podmiot liryczny tęskni, więc ta podróż jest konieczna, bez niej nigdy nie doszłoby do zdarcia maski. Mówię to trochę przewrotnie, bo nie o zdarcie maski tu chodzi, ale o coś ciekawszego, gdyż ta podróż to nie jest kwestia techniczna, czyli zwykłe przemieszczanie się, ale ma bardziej wymiar duchowy, jest to taka wyprawa w przeszłość. To jest w tej książce najciekawsze, każdy przystanek budzi nowe skojarzenia. Pojawiają się też nowe konteksty i interpretacje. Dla czytelnika jest to podróż niezwykle intrygująca – i co tu mówić – do świata, w którym wspomina się głównie moment zejścia, gwałtownej śmierci. Ale to wszystko jest bardzo kunsztownie podane, niektóre zbitki słowne, połączenia, aluzje i metafory pozostają głęboko w pamięci. W wierszu „Barszcz kaukaski” pojawia się roślina, inaczej zwana barszczem Sosnowskiego, której dotknięcie może skończyć się źle. Te rośliny wyrastają, tam gdzie są polskie cmentarze, chronią umarłych przed pielgrzymkami żywych, a nawet mogą ich „poczęstować” toksycznym dotykiem. Oczami podróżnika widzimy inną kulturę, biednych ludzi, taki świat post mortem Dei, gdzie przez lata panoszył się homo sovieticus i dokonał strasznego spustoszenia, a ostatnio został zrzucony z cokołu, na cokole ustawiono nowe symbole, poetkę Łesię Kosacz-Kwitkę (inaczej zwaną Łesią Ukrainką), Bohdana Chmielnickiego i Stiepana Banderę.

Fragment recenzji.

Dodaj komentarz