felieton na weekend – tym razem PRL-u czar…

Smak szwedzkich cukierków

Druga połowa lat osiemdziesiątych. Staram się znaleźć klamrę czasową tamtego okresu. Symboliczna jest data 26 kwietnia 1986 r. kojarzona bardzo jednoznacznie: Czarnobyl. A jaka data zamyka ten okres? Może czas rozmów w Magdalence, czyli marzec 1989 r., a może wybory kontraktowe z 04 czerwca 1989 r., a może powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego, a więc początek września tegoż roku. Zresztą, to wszystko z punktu widzenia obserwatora życia społecznego wsio rawno. Koniec Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej był żałosny. Pamiętam zatłoczone Ikarusy z podziurawionymi siedzeniami, zdemolowane wiaty przystanków, pobryzgane mury, zdewastowane klatki schodowe, zrujnowane kamienice, straszące szpetotą i szarością bloki. Najgorsze były jednak kolejki i stojący w nich ludzie. Mieli bardzo smutne twarze, często puszczały im nerwy. A powody awantur przecież były bardzo błahe. Czasami kością niezgody był kawałek mięsa lub kilo parówek albo choćby kawałek kaszanki.
W 1986 r. w szkole podstawowej nr 61 w Bydgoszczy języka polskiego uczył mnie młody nauczyciel. Był zdecydowanie inny niż większość nauczycieli, był odważny. Na jednej z lekcji padają ważne słowa, słowa klucze. To od niego po raz pierwszy dowiedziałem się o Katyniu, o tym, że Armia Czerwona wbiła Polsce w 1939 roku nóż w plecy, że po wojnie tysiące akowców wywieziono na Sybir. Pamiętam znudzenie na twarzach dziewcząt i wypieki podniecenia na twarzach chłopców. Chłonęliśmy każde jego słowo. Pamiętam, jaki byłem szczęśliwy, gdy dowiedziałem się, jakiego łupnia dał Sowietom Piłsudski w 1920 roku. Nagle okazywało się, że ten monstrualny twór zwany Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich być może jest tylko i wyłącznie kolosem na glinianych nogach. I wtedy właśnie pewnego słonecznego dnia dowiedzieliśmy się o awarii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu…
Po latach myślę, że te kilka lekcji prawdy cenniejsze było niż cokolwiek innego. Dziękuję Panu, Panie Jarosławie za te lekcje.
Dzisiaj to trudno sobie wyobrazić, ale Pan Jarosław ryzykował bardzo dużo, choćby utratę pracy z odpowiednim wpisem do akt osobowych. Nikt przecież wtedy nie przypuszczał, że demontaż systemu nastąpi tak szybko.
Panu Jarosławowi zawdzięczam jeszcze jedną rzecz, a mianowicie dzięki niemu odniosłem pierwszy sukces literacki. Powszechnie znany jest fakt, że w latach osiemdziesiątych Polacy zza żelaznej kurtyny otrzymywali pomoc humanitarną. I oto pewnego dnia na korytarzu mojej szkoły wszyscy powtarzali sobie z ust do ust taką informację: „przyjechały cukierki ze Szwecji”. Tego też dnia nauczyciele rozdawali uczniom cukierki, takie lepsze landrynki o eukaliptusowym smaku. Pamiętam, że zawartość całkiem sporej paczki opróżniłem w przeciągu kilku godzin. Pan Jarosław posiadał „taktyczną rezerwę” i zaproponował uczniom wzięcie udziału w konkursie na krótką formę prozatorską. Autorzy najlepszych prac mieli zostać wyróżnieni cukierkami. Mobilizacja była wielka. Każdy chciał skasować owe „cuksy”. Dziewczyny wymyślały dramatyczne fabuły, o uwięzionych księżniczkach, krasnoludkach, złych czarownicach i zagubionych pantofelkach. Pan Jarosław dobrze wiedział, że to wszystko było zerżnięte z klasyki i pierwsze miejsce przyznał mi. W moim utworze, dwaj przyjaciele przeżywali różne młodzieńcze przygody, a na końcu jeden z nich znalazł się w śmiertelnej pułapce. Nic nie można było już zrobić. Umierał. Kumpel jego strasznie rozpaczał, aż w końcu postanowił dotrzymać mu towarzystwa. Przyjaciele zginęli razem. Braterstwo ponad wszystko, oczywiście dzisiaj trąci to myszką, ale w taki właśnie sposób prawie trzydzieści lat temu skasowałem paczkę szwedzkich cukierków i chyba z nikim się nimi nie podzieliłem. Mój pierwszy literacki sukces miał smak eukaliptusa, ukryty w paczce z napisem: made In Sweden.

Dodaj komentarz