Ciekawa styczniowa rozmowa z poetą Wojtkiem Kassem

Z poetą i eseistą Wojciechem Kassem, kustoszem Muzeum im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu, rozmawia Bartłomiej Siwiec.

B.S. Jak tylko jest okazja, chętnie odwiedza pan Bydgoszcz, a już chyba szczególnie chętnie, gdy zaproszenie pochodzi od Galerii Autorskiej Jacka Solińskiego i Janka Kaji…

W.K. Po raz pierwszy trafiłem do Galerii Autorskiej przy ul. Chocimskiej w 2004 r., na spotkanie autorskie Ewy i Krzysztofa Kuczkowskich. Przyjechałem z nimi wprost z Gniezna, skąd pochodzi moja żona. To zabawne, Krzysztof urodził się w Gnieźnie i ożenił się z dziewczyną z Sopotu, ja urodzony w Sopocie za żonę wziąłem dziewczynę z Gniezna. Pamiętam, że kiedy znalazłem się w tej piwnicznej izbie zwanej galerią, pomyślałem: mała, ale szybko pozbyłem się tych myśli, wszak sztuka czyni miejsca większymi, niż są. Dwór ziemiański był dla chłopa strefą magiczną z wielu powodów, do jednych z najważniejszych jednak należała muzyka, która dobywała się z salonu i snuła pomiędzy dworskimi zabudowaniami, po parku, nad stawami. Podziwiam galerników Jana Kaję i Jacka Solińskiego za rzadko dziś spotykaną konsekwencję, to dzięki niej ich podziemie jest wciąż na wierzchu i kłuje pod żebra tych, którzy najchętniej zaoraliby wartości artystyczne i etyczne przez tych artystów reprezentowane; także dzięki swojemu uporowi skupili w swoim podziemiu grono wrażliwych ludzi i pięknych artystów, którzy – to jest pewne – nie zmieściliby się jednorazowo pod jego sklepieniem. Atrybutami monarchy były tron, jabłko, berło, atrybutami artystycznej niezależności Kaji i Solińskiego są autonomia i autorstwo. Powiedzieć o przedsięwzięciach kulturowych i artystycznych wypranych z autorstwa i autonomiczności, że są podejrzane, to zachować się co najwyżej poprawnie, one są zwyczajnym kitem.

B.S. Jest pan kustoszem w Muzeum im. K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Na co dzień więc opiekuje się pan spuścizną po wybitnym poecie. Jak pan sądzi: czy poezja Gałczyńskiego jest do dziś aktualna?

W.K. Jakie miary przyłożyć do zagadnienia, czy jedna poezja jest aktualna, a inna nie? „Aktualność” jest terminem dość pojemnym i nie nazbyt uchwytnym. Słowo „carmen” przywykło tłumaczyć się jako „wiersz”, a tymczasem w głębszej swojej warstwie znaczy ono tyle co „urok”. Gałczyński rzucił urok, jego poezja urzekała przed wojną środowiska literackie i wąskie kręgi czytelników. W tym okresie kształtuje się również jego legenda poety nieprzewidywalnego. A po wojnie, z jednej strony, szedł mu na rękę i tolerował go reżim komunistyczny, z drugiej, o jego utwory zabiegały rozmaite redakcje, a on sam rozchwytywany był przez czytelników. W tym lirycznym i delirycznym upojeniu często się zapominał i robił mnóstwo głupstw, zwłaszcza na polu semantycznym, tzn. kiedy wierszem namaszczał ustrój. Choć namaszczał i nie namaszczał, był poetą, który posiadał ogromną świadomość konwencji językowych i żonglował nimi arcydzielnie. Myślę, że kiedy pisał te swoje „socrealki”, to śmiał się z siebie, epoki, jej głównych ideologów i pomniejszych biesów, mrużąc oko nie tylko do współczesnego czytelnika, ale i do późnego wnuka, czyli do mnie i pana. Gdybyśmy go podejrzeli, jak pisze przy biurku, zobaczylibyśmy trzęsące się od śmiechu plecy. W każdym razie ten poeta był niekwestionowaną wielkością: Miłosz, pomimo że przystawił mu gębę błazna i pijaka, uważał go za najbardziej tajemniczego poetę XX wieku. Kiedy czytamy przemówienie Iwaszkiewicza wygłoszone nad trumną autora Niobe, nie mamy wątpliwości, że jest ono hołdem złożonym jednej z pierwszych wielkości. A nagła zapaść Tuwima, gdy dowiedział się o tym, że Gałczyński nie żyje, o czym świadczyła? Nawet Ważyk, który nawoływał, by ukręcić łeb kanarkowi śpiewającemu w poezji Gałczyńskiego, nawet Jastrun, który nie mógł wybaczyć mu antysemickich wersów zamieszczanych w przedwojennym „Prosto z mostu”, nawet oni wiedzieli, z jakim fenomenem poetyckim mają do czynienia. Poezja Gałczyńskiego nadal rzuca urok, nadal uwodzi, nadal upaja, oczywiście w stopniu odpowiednio proporcjonalnym do miejsca, jakie poezji wyznacza nasza epoka. Do jego wierszy powstało ponad 200 piosenek! W 2007 ukazał się trzypłytowy album Vangelisa zatytułowany Blade Runner, gdzie w spisie treści czytamy: Spotkanie z matką. Wszystkie utwory po angielsku, a tu jeden po polsku. Chodzi oczywiście o wiersz Gałczyńskiego, notabene napisany w Praniu na Mazurach. Na płycie melorecytuje go Roman Polański, jego głos jest nie całkiem wyraźny, echotyczny i jakby dochodził do nas z kosmicznych, niezbadanych przegród. Muzyka należy do Vangelisa. Czy to nie zaskakujące zestawienie światowej sławy reżysera, światowej sławy popowego muzyka i głęboko lirycznego wiersza Gałczyńskiego? Kto by pomyślał, że wiersz napisany w skromnej leśniczówce położonej w puszczy zawędruje aż na tę płytę i w niej znajdzie swoje nowe melorecytacyjno-muzyczne wcielenie?

B.S. Czy nie jest tak, że przez ciągłe obcowanie z poezją Gałczyńskiego chcąc nie chcąc się nią przesiąka? Ile zatem jest w pana poezji Gałczyńskiego, a ile Kassa?

W.K. Po to pisałem, by nie mówić – napisał MWM, czyli Mały Wielki Mistrz, Tadeusz Różewicz. Greckie słowo „poiesis” znaczy „wykonywać coś”, „zrobić”. Omawianie i ocena tego, co wykonane, zrobione, należy już do innych. Z kolei Adam Zagajewski powiedział, że po to pisze się wiersz, żeby uniknąć definicji. Co to znaczy? To znaczy, że poezja jest czymś niedefiniowalnym, czymś, co dobrze czuje się poza mową dyskursu. Poezja jest szacunkiem do Tajemnicy, a więc dzieje się na granicy semantyki i Tajemnicy.

B.S. Jednym ze słów kluczy, które pojawiają się w pana poezji i w wypowiedziach, jest „Ziemia”. Chyba bardzo martwi pana przyszłość naszej planety…
W.K. Jeśli nie opamiętamy się w konsumowaniu i wygodnictwie – i dotyczy to każdego: mnie, pana, jego – to przeżremy Ziemię ze wszystkim, co jest w niej życiodajne. Niekiedy wydaje mi się, że nasza epoka postanowiła zadać ostateczny cios naturze, dobić ją. Technologie, które wytwarza, ustawiają nas plecami do przyrody ożywionej i nieożywionej, a jednocześnie są diabelskim narzędziem skutecznie i bezwzględnie ją degradującym i dewastującym. 18 lat temu przyjechałem żyć i pracować w Puszczy Piskiej, ale dzisiaj nie jest to już puszcza, ale zwyczajny las. Wystarczyło niecałe ćwierć wieku, by pozostała jedynie nazwa, etykieta. Wysoce specjalistyczne maszyny mają w sobie coś zatrważającego, potrafią pochłonąć w ciągu jednej nocy las, który potrzebował pół wieku, by wyrosnąć. Jest w tym coś nieludzkiego, z wieczora zasnąłeś i był las, budzisz się wraz ze świtem i lasu nie ma. Czy większość gatunków ptaków, pszczoły, ryby, dęby dotrwają do 2050 r. – śmiem wątpić. Może tak, może nie. Żyjemy na koszt przyszłych pokoleń. Nigdy tak nie było, by w sposób tak widoczny i tak oczywisty teraźniejszość przeżerała przyszłość. W tym procesie następuje poważne zaburzenie, nie tylko porządku ekologicznego, ale metafizycznego. Tymczasem władza polityczna, korporacyjna i medialna wtłacza ludziom do głowy mrzonkę o wielkim marszu ludzkości ku przyszłości i nieograniczonym postępie. A ja postęp w naszej zawrotnie szybkiej epoce widzę następująco: dwa kroki w tył i jeden w przód. Skąd przyjdzie odrodzenie do nas – pyta filozofka Simone Weil – którzyśmy skazali i spustoszyli glob ziemski? Tylko z przeszłości, jeśli ją kochamy. Pascal powiedział: człowiek jest potworem, Márai powiedział: człowiek jest cudem. I co, jest równowaga? Potem jednak zapisał: człowiek to zaraza. Cholerny, naczelny ssak, który uznał się za koronę stworzenia i przyznał sobie prawo wydrążenia Ziemi z jej najbardziej życiodajnych złóż. Niekiedy wydaje mi się, że współczesną muzyką naszego starego kontynentu jest przeżuwanie i mlaskanie. Nie dość słychać? Zapomnieliśmy, czym jest współpraca z przyrodą, z jakim pietyzmem kiedyś bartnik współpracował z barcią, rybak z jeziorem, drwal z lasem.

B.S. Powiedział pan ostatnio, że znika las, który znamy, czyli: tajemniczy, zagadkowy, w którym można się było zgubić. Czy to jest jakaś metafora życia, czy chodzi konkretnie o polskie lasy?
W.K. Gospodarka leśna przybrała postać rabunku. Mieszkam w lesie i przeraźliwy jęk upadającego drzewa przepoławia moje serce i budzi grozę. Jeden z moich gości, wróciwszy do siebie do Rzeszowa, napisał wiersz W państwie pił. Takie wrażenie z pobytu w lesie wywiózł poeta Jacek Napiórkowski. Kapuściński widział dwuznaczność tego narzędzia, z jednej strony, jest ono ulgą dla drwali, z drugiej, sprzyja pustoszeniu lasów. Piła ręczna była tą postacią narzędzia, który wpisywał się w rytuał współpracy człowieka z przyrodą, mechaniczna ma w sobie coś zatrważającego, jest symbolem bezmyślnego naporu na las. Jest agresją.

B.S. Jak zaczęła się współpraca z bydgoskim rzeźbiarzem Gracjanem Kają i jakie są jej owoce?
W.K. W 2009 r. zobaczyłem Gracjana Kaję na okładce dwumiesięcznika literackiego „Topos”, gdzie również ukazała się rozmowa z tym młodym artystą z Bydgoszczy. Zdjęcie na okładce przedstawiało Kaję, gdy z współpracownikami niesie swoje dzieło na ramionach, a konkretnie Chrystusa Ukrzyżowanego według Matthiasa Grünewalda. Jeden z niosących ma fioletowe spodnie z drelichu, dwaj inni są w koszulkach z krótkim rękawem w tym samym kolorze. Z wywiadu wynika, że Gracjan Kaja jest małomówny, introwertyczny i lekko nieśmiały, zdjęcie zaś przedstawia silnego, krótko ostrzyżonego, średniego wzrostu mężczyznę. Nie w tym jednak rzecz, bo ja przede wszystkim byłem pod silnym wrażeniem figury Chrystusa na krzyżu i tej via crucis, którą z pomocnikami odbywa artysta w drodze na wystawę. Wiosną tego samego roku spotkaliśmy się już bezpośrednio podczas mojego wieczoru autorskiego, który odbył się w Muzeum im. Leona Wyczółkowskiego. Któż z nas mógł wtedy przypuszczać, że już niebawem w obejściu leśniczówki Pranie staną rzeźby tego artysty, który sprzęga w sobie dwie na pozór wykluczające się cechy: siłę i czułość, zmysłowość i uduchowienie? Obie wyrażają się w jego artystycznym geście.

B.S. A jakie to rzeźby stanęły w muzealnym obejściu?
W.K. Gałczyński siedzący na pieńku z gołymi stopami w trawie (lub śniegu, gdy nadejdzie zima) i zapatrzony we wschód słońca, które codziennie powstaje znad Jeziora Nidzkiego, oraz Zielona Gęś, która jest cudownym studium ruchu ptaka szykującego się do powstania i lotu. Mamy w niej do czynienia z powidokiem dwóch innych: feniksa powstającego z popiołów oraz orła z drapieżnym wejrzeniem i władczym skrzydłem. W gęsi zaś najbardziej apetyczną jest pierś. Chciałoby się nakłuć widelcem.

B.S. Słyszałem, że pani Kira Gałczyńska bardzo wysoko oceniła rzeźby młodego bydgoszczanina…
W.K. Nie będzie przesadą, gdy powiem, że była nią całkowicie poruszona. Pisała do mnie: „To niebywałe, pierwszy raz od dziesiątków lat w portrecie K.I.G. uchwycone zostało podobieństwo – tu nikt nie może się pomylić, o kogo chodzi”. A list swój zakończyła następująco: „Kto to jest Gracjan Kaja? Proszę mu przekazać słowa mojego zachwytu”. Czy to przypadkowe, że na początku naszego wieku dwóch rzeźbiarzy z Bydgoszczy wprawiło w podziw i zarazem zdumienie męża i córkę? Mam na myśli Czesława Miłosza, który z wdzięcznością przyjął popiersie swojej drugiej żony, Carol, autorstwa Michała Kubiaka, i przywołaną Kirę Gałczyńską.

B.S. Odniosłem wrażenie, że ostatnio w pana życiu dużo twórczego się dzieje. To jest bardzo dobra passa Wojtka Kassa…
W.K. Passa u Kassa! (śmiech) W wierszu Modlitwa o łagodność rosiczki znakomicie zinterpretowanego przez Sławomira Matusza w jego książce Licznik Geigera zapisałem taki oto wers: „Nic gorszego niż własna sprawa”. Dlatego też nie będę wypowiadał się w swojej sprawie. Myślę, że poezja jest jedną z wielu postaci daru. A dar, czym jest dar, kto zna jego tajemnice? Chiński poeta powiada: „Przed iluminacją rąb drzewo i noś wodę. Po iluminacji rąb drzewo i noś wodę”. Noszę więc wodę jak trzeba, rąbię drzewo. I jestem wdzięczny.

Dodaj komentarz