Pan profesor zjedzony przez mrówki, czyli krótkie opowiadanko

Wpuszczony w maliny

Profesor języków klasycznych Henryk Wąsowski przespał prawie całą noc. Niestety, ogólnie profesor miał problemy ze snem. Ta noc, to był wyjątek potwierdzający regułę; z reguły był niespokojny: zbyt dużo myślał, analizował i tuż przed snem nie był w stanie wyłączyć tego, co w medycynie nazywa się centralnym układem nerwowym. Jego żona była jego przeciwieństwem. Spokojna, wyluzowana i prawie zawsze miała dobry humor. Była dla profesora czymś w rodzaju balsamu, który ukoi skołatane nerwy.
– I co, Miśku, wyspałeś się w końcu?
– Tak.
– Jak Mops?
– Nie wiem, kto to jest Mops – powiedział profesor – ale jeśli rzeczywiście tak sobie życzysz…
– Cieszę się Miśku. Rozpiera mnie pozytywna energia. Skoczę na targ kupię maliny. Zahaczę o kiosk i przyniosą ci poranną prasę, a potem pójdę do…
Żona profesora uśmiechnęła się. Zawsze, gdy tak się uśmiechała, profesor wiedział, że zamierza wyskoczyć do kosmetyczki.
– Manicure, pedicure? – spytał, żeby się upewnić.
– Świetnie Miśku. Już lecę.
Profesor pomyślał, że kobiety rzeczywiście nie zmieniają się wiele. Świat się zmienia, a one zawsze, od czasów najdawniejszych do dnia dzisiejszego, głównie dbają o urodę. No cóż, może to i lepiej niż ciągle myśleć, zamartwiać się, analizować. Jak mawiali starożytni: mors certa hora incerta. Lepiej żyć szybko i intensywnie, bo przecież jedyne, co na tym świecie pewne, to śmierć.
Po chwili profesor usłyszał tylko trzaśnięcie drzwi. Na podłodze, obok drzwi wejściowych, żona – jak to często bywało – zostawiła mu gazetę i wspomniane wcześniej maliny. Początkowo, bardziej myślał o wypiciu kawy, ale maliny zapakowane do plastikowego pojemniczka wyglądały bardzo smakowicie; przystąpił do konsumpcji, gdyż mycie owoców wydało mu się niepotrzebną stratą czasu. Maliny wyglądały naprawdę okazale i co najważniejsze – mówiąc współczesnym językiem reklamy – po prostu rozpływały się w ustach. Szybko topniały na dnie plastykowego pudełka.
Niedługo potem spostrzegł na stole niewielką mrówkę. Rozgniótł ją palcem o cynamonowy blat. Trochę wkurzył się, gdy spostrzegł drugą mrówkę, a potem trzecią. To go zdziwiło. Tak dla pewności otworzył jedną z malin. W środku ujrzał coś niepokojącego. W miękko wyściełanej sali malinowej siedziało, co najmniej kilkanaście niewielkich mrówek. Otworzył kolejną. I znów konsternacja. Z następną było tak samo. Pobiegł do toalety; było mu niedobrze, chyba nawet chciał zwymiotować. Spojrzał w lustro. Wtedy też zobaczył, że jedna z mrówek kręci się wokół jego nosa. Szybko ją rozgniótł. Ale po chwili obok drugiej dziurki ujrzał kolejną, a potem kolejną. Później zdawało mu się, że kilka nowych wyszło z jego prawego ucha, a następnie z lewego. Było ich coraz więcej. Profesor nie nadążył z zabijaniem. Coraz więcej widział mrówek i coraz dotkliwsze było swędzenie skóry. Na moment przestał zabijać i po chwili, gdy spojrzał w lustro, już siebie nie widział. Czuł olbrzymi, narastający ból i nic nie widział.
Kilka godzin później do mieszkania weszła żona. Była bardzo zadowolona z wizyty w zakładzie kosmetyczno-fryzjerskim. Manicure i pedicure – to nie były jedyne atrakcje, które ją tam spotkały. Uznała, że dobrze byłoby też pofarbować sobie włosy na jakiś nowy kolor. Kobieta przecież zmienną jest. Dodatkową atrakcją wizyt w takich przybytkach jest wymiana informacji pomiędzy paniami. Żona polecała fryzjerce maliny, które dopiero od kilku dni pojawiły się w sprzedaży.
– Miśku, już jestem. Miśku? Zjadłeś malinki? Gdzie jesteś? A może znów śpisz? Co, mój mały Mopsiku? No, gdzie się ukryłeś?
Nacisnęła klamkę w łazience. Weszła. Na ziemi leżała jakaś kukła cała oblepiona mrówkami.

Dodaj komentarz