Przepompownia – o moim ostatnim zbiorze ciekawie pisze Piotr W. Lorkowski (Nowy Napis)

 

Przepompownia

Okładka tomiku

Wiersz początkowy pozwala się czytać jako mikro-reportaż złożony z kilku migawek rozpoczętych zejściem miejskich robotników do zagazowanego pomieszczenia. Zakończony on został obrazem swoistego tańca śmierci w scenerii nędznej, brudnej, budzącej odrazę. W tym ekstremalnym momencie sprawdza się międzyludzka solidarność w obliczu zagrożenia. Moralny egzamin doskonale zdali ludzie pozbawieni szczególnych walorów, najzwyklejsi ze zwykłych:

zygmunt Włodzimierz
zwany szpakiem
stefan z bocianowa
i 18 letni wacek

(po drabince…).

A razem z nimi on, nazywany we wspomnieniach córki ojcem: z partyzancką przeszłością, wyrzucony na margines przez alkoholizm. Córka nie wspomina go dobrze. Posada robotnika komunalnego stwarzała mu możliwość jakiejkolwiek stabilizacji, ale nie uchroniła ani jego, ani jego rodziny przed skutkami nałogu. Zapisał się w dziewczęcych wspomnieniach na tyle źle, że:

nie pamiętała tej chwili
gdy ojca wkładali do trumny
tylko że spadł jej
kamień z serca.

Żegnała go bez żalu. Jeden odruch jego sumienia nie wystarczył, by zapomnieć ojcowskie winy. W przestrzeni tego tomu zło rzuca bowiem daleki, długotrwały cień, a skrzywdzonej córce trudno było przyzwyczaić się do powszedniego, naturalnego dobra (jak zmarł ojciec…).

Prócz śmierci przyniesionej przez toksyczny opar czytelnik Przepompowni spotyka się także z niespodziewanym odejściem bezimiennego topielca z kąpieliska w Wąsoszu (ona…) i wyjaśnieniem szybkiego zgonu wdowy, do którego przyczyniła się nie tyle tęsknota za utraconym współmałżonkiem, ile „wrzynający się pod skórę / pan kleszcz”. Nie ma znaczenia ranga tego, kto ten świat opuszcza ani związek, jaki go łączy z lirycznym „ja” (na ogół mniej lub bardziej do siebie i swych postaci zdystansowanym). Każda czyjaś śmierć zubaża także nas, choćby chwilowo rozwiązywała jakieś problemy.

wszystkie jej sny
płyną rurami
w stronę zbiornika
nie może się przebić
powietrza ubywa
a tylko
ból
pozostaje

– pisze poeta o swojej bohaterce.

Obok tych śmierci niedawnych i dawnych toczy się życie portretowane przez Siwca migawkowo, acz z werystycznym zacięciem w formie obrazków utrwalanych jakby z nagła na kliszy (w dworcowym barze…) albo potraktowanych narracyjnie jak rozpisana na kilka wierszy historyjka utalentowanej (chyba), acz nieprofesjonalnej fotograficzki z niewiernym mężem biznesmenem w tle (zobacz na przykład po wielu jego zdradach…). Zauważamy tu także postacie zaprezentowane jednym tylko tekstem (znałam go wiele lat…). Bo to, co w człowieku wielkie, skontrastował autor z tym, co małe i zgoła niecnotliwe.

Nawet wtedy, gdy przywołuje motywy autobiograficzne (w szkole podstawowej w bydgoszczy na lekcjach geografii), Siwiec najchętniej używa trzeciej osoby. Rad oddaje głos innym. Sam lubi odgrywać rolę uważnego słuchacza ich zwierzeń. Niewykluczone, że tym sposobem próbuje zobiektywizować ich tekstowe istnienie. Co do wpływu poezji na świat realny nie żywi złudzeń, stwierdzając:

wiersze […] pisane w domu w drodze
na gorąco z papierosem w kąciku ust
które rozjechały się po mieście
zabłądziły w górach
i są jak wołanie
do yeti

(w księgarni w warszawie..).

Mimo całego, chyba nie tylko rytualnie artykułowanego, sceptycyzmu ma ten zbiorek, także ze względu na pojawiające się tu postulaty etyczne (przykładowo: „chciałby, żeby inteligencja / była sztuką odnajdywania / dobroci w złych czasach / miłości w beznadziei”), trafić czytelnikowi do przekonania. Zasługuje na to.

Mieczysław Machnicki, usta moje słyszą i mój widzi język, Sopot: Biblioteka „Toposu”, t. 165, Sopot, 2019.

Bartłomiej Siwiec, Przepompownia, Sopot: Biblioteka „Toposu”, t. 166, 2019.

 

Piotr Wiktor Lorkowski, Wydane w Sopocie, „Nowy Napis Co Tydzień”, 2019, nr 10

Dodaj komentarz