recenzja ciekawej książki Karoliny Sałdeckiej-Kielak „Psycho-Killer” z czerwcowego „Akantu”

Bartłomiej Siwiec – Klatka dla Tosi

Od samego początku lektury książki Karoliny Sałdeckiej-Kielak „Psycho-Killer” odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z autorką, która jest dobrym psychologiem. Dla młodej poetki, romanistki, debiutującej w prozie, drugorzędne jest kim jest człowiek „A” i kim jest człowiek „B”, ale relacja, która pomiędzy nimi zachodzi. Być może to jest we współczesnej literaturze najważniejsze, przedstawienie zależności, które powstają pomiędzy ludźmi. Tak jest w tym wypadku: autorka skrupulatnie przedstawia stosunki łączące główną bohaterkę Tosię ze swoją matką.

A wszystko to osadzone jest zapewne w małomiasteczkowej wspólnocie, gdzie ludzie bardzo dobrze się znają, dużo na swój temat plotkują, a pod płaszczykiem miłych rozmów szczerze się nienawidzą. Ta relacja córka-matka, jest dla akcji książki kluczowa. Matka wychowuje córkę, ojciec jest, ale gdzieś z boku, więc główną rozgrywającą jest matka. A z czasem Antonina pójdzie na studia do innego miasta, będzie się dobrze uczyć, bez problemu obroni magisterkę, kupi sobie mieszkanie, zacznie pracować w korporacji, przygarnie psa, a to wszystko odpowiednio skomentuje matka: „stare panny mają psy”.

Specyficzny, ale bardzo ciekawy jest język książki. Np. słowo: „śmierdziele”, którym posługuje się matka. Tym pejoratywnym słowem określała ludzi, którzy zbliżali się do Tosi, oni stanowili potencjalne zagrożenie, mogli zakłócić ich relację. Już z tego można wysnuć wniosek, że matka próbowała odseparować córkę od reszty, wsadzić ją do klatki. I właściwie to jej się udało, choć do końca nie tak, jakby tego chciała. Tośka uciekła do klatki, którą można by nazwać biblioteką, uciekła w świat książek. I ta izolacja (patrz ucieczka przed toksyczną matką) pozwoliła głównej bohaterce choć na pewien czas się uwolnić.

W powieści pobrzękują też pogłosy polskiej emigracji, tej z czasów PRL-u, w poszukiwaniu lepszego świata. Jej przedstawicielką jest ciocia Tosi, czyli starsza siostra matki, zwana inaczej ciocią z Bremy, która w ten nudny świat wprowadzała pewną dawkę luzu i komfortu. Otóż, gdy odwiedza obie panie, to przywozi im różne wiktuały i nowości technologiczne z tamtego bogatszego, niemieckiego świata. Dzięki niej Tosia przeżyła też ciekawą przygodę, a mianowicie, ciocia spoiła ją szampanem i częstowała węgorzem, co pewnie było urokliwe, ale spowodowało nieprzyjemne dolegliwości.

Ale ciocia szybko znika z kart powieści. Mam wrażenie, że to celowy zabieg pisarki. Sałdecka-Kielak konsekwentnie usuwa te wszystkie poboczne głosy, chce żeby nikt i nic nie zagłuszyło opowieści o matce Tosi i żeby w tej klatce przebywały tylko dwie główne bohaterki.

O tym, że mamy do czynienia z powieścią psychologiczną świadczą rozmowy terapeutyczne, które Tośka odbywa ze swoją dawną przyjaciółką Lolitą, a także z terapeutką doktor Warszawską-Praską. Lolita miała problemy podobne do niej, czyli też problemy z matką. Obydwie, gdy po latach wracały do rodzinnego gniazda, są rozczarowane i zdegustowane zachowaniem swoich matek, które nie potrafiły cieszyć się szczęściem córek, a tylko poddawały je permanentnej krytyce. Antonina po każdej takiej wizycie udawała się do sklepu monopolowego, nie tęskniąc szczególnie za kolejnym spotkaniem. Człowiek – to jest jeden z wniosków płynących z lektury – prędzej czy później trafi do gabinetu psychologicznego (może nawet powinniśmy go już nazwać gabinetem psychiatrycznym, gdyż Tosia faszeruje się lekami psychotropowymi). A swoją drogą ciekawa jest nowomowa jaką posługuje się powieściowa pani doktor, np. powie: „konstrukt fizyczny”, a wiele swoich wypowiedzi przyprawi odpowiednią ilością dziwacznie brzmiących wulgaryzmów: „upragniony stan wyjebania”.

Niewątpliwym atutem „Psycho-Killera” jest mistrzowsko nakreślony portret matki Tosi. Te monologi matki są świetne, to takie tyrady albo wręcz swoiste wystrzały z karabinu, których celem jest psychiczne pognębienie córki. Matka stosuje proste chwyty, czyni córce ciągłe wyrzuty i stara się maksymalnie uzależnić ją od siebie, nie wypuścić z klatki. I tych klatek jest tu kilka, ale w istocie ta psychologiczna wydaje się najbardziej pojemna, gdyż zamyka Tośkę na świat. Już w głębokim dzieciństwie matka odcięła córkę od znajomych. Tosia żyjąc już bez matki nie radzi sobie sama ze sobą, alkohol i wizyty w przychodniach terapeutycznych są tego dowodem. Tosia pisze książki i reportaże, odnosi zawodowe sukcesy, ale nawet ten aspekt jej aktywności zostaje przez matkę skrytykowany i wyśmiany. A na koniec jednego z soczystych monologów matka powie: „Zawsze ci wszystko trzeba było mówić, co masz robić. Jak taka sierota jesteś. No już jedź, no to pa”.

Powieść debiutantki utkana jest z takich mini historyjek, które można by roboczo nazwać: „Z życia Tosi”, ale na plan pierwszy przebija i w pamięci pozostaje bardzo sugestywny portret matki, która czasami jest wręcz groteskowa, innym razem budzi lęk. Autorka umiejętnie prowadzi narrację. W pewnym momencie sprawa staje się jasna, a napięcie gwałtownie rośnie. Otóż Tosia stwierdzi, że zaczyna powoli wierzyć w to, co matka o niej mówi. Czytelnik wie, że w tej sytuacji żarty się kończą, bo zmiany w psychice Tosi zaszły daleko. Ilekroć matka mówiła: „Nikt cię nie zechce” Tośka chciała pochwycić ciężki przedmiot i uderzyć ją w tylną część głowy. Myślę, że czytelnikowi nie żal byłoby matki, bunt Tosi jest wręcz konieczny, a ewentualna przemoc wydaje się usprawiedliwiona.

Myślę, że pisarka nie ustrzegła się kilku pułapek, które czyhają na debiutantów. Młody pisarz przeważnie chce, żeby sztuka imitowała życie. A życie często charakteryzuje bylejakość, nieciekawość, a także wulgarność. Moim zdaniem, można z tego zrezygnować, gdyż autentyczność uzyskuje się gdzie indziej, głównie poprzez szczegóły i pewien swoisty dramatyzm.

Warto też zapytać, czy poza świetnie sportretowanymi sylwetkami jest coś jeszcze, czy jest coś poza zachwytem codziennością? Otóż brakuje mi w powieści soczystej metafory, żeby książka miała podwójne dno, bo w dzisiejszej literaturze właśnie dzięki nośności metafory pisarz ma szansę zdobyć uznanie krytyków i czytelników. To metafora niesie pisarza, ona pozwala kolejnym pokoleniom na nowo odczytywać jego dzieło.

Nie jest to może teza zbyt odkrywcza, że dzieciństwo ma wpływ na całe dorosłe życie. Ale tu jest to ładnie pokazane, jak to drugie staje się logicznym następstwem pierwszego ze wszystkimi konsekwencjami. Tosia nie miała szczęśliwego dzieciństwa, później gdy już była na studiach, gdy często powracała do rodzinnego domu, trauma też powracała, bo spotykały ją różne przykrości, a głównie złośliwe komentarze matki. Bo w dziele Sałdeckiej-Kielak, to matka jawi się jako główna rozgrywająca. Jest to też książka o ogromnej sile, którą posiadają kobiety (to powinna być lektura obowiązkowa głównie dla mężczyzn, którzy często lekceważą kobiety, jako tzw. „słabą płeć”). Matka jest w stanie zbudować dziecku świat albo go zrujnować, w zależności od tego, jaką drogę wybierze. Skutki wszelkich słabości Tosi, podatność na używki lub częste wizyty u doktor Warszawskiej-Praskiej biorą się ze złych relacji. Pojawia się też stare filozoficzne pytanie: Unde malum? Skąd bierze się zło? W tej książce sprawa wydaje się jasna: matka jest przyczyną słabości córki. Ale pojawia się też inne pytanie: Dlaczego matka jest tak bezwzględna wobec własnego dziecka? Wydaje się prawdopodobne, że człowieka kształtują okoliczności, czyli życiowe porażki, niespełnienia. Niemożność rozwiązania nabrzmiałych problemów może skutkować zaburzeniami. Być może, matka posiadała głęboko ukryte poczucie przegrania, stąd też tak strasznie odgrywała się na córce.

Jest to też książka o tym, że każdy z nas – tak jak główna bohaterka – nachodzony jest przez demony przeszłości. Cierpi, ale musi wytrwać, to może mało, ale tak naprawdę, to całe życie.

Dodaj komentarz