Recenzja książki Krzysztofa Kuczkowskiego „Sonny Liston nie znał liter”, która ukazała się we wrześniowym „Akancie”.

Bartłomiej Siwiec – Sonny Liston nie kupował maczet

Najnowsza książka Krzysztofa Kuczkowskiego dołączona do 3 tegorocznego numeru dwumiesięcznika „Topos” zaskakuje. Genezę jej autor wyjaśnia w krótkiej notce zamieszczonej na okładce. Otóż do pisania „siódemek” (tak nazywa zawarte w zbiorze utwory poetyckie składające się z siedmiu wersów), namówił Kuczkowskiego malarz i rysownik prof. Czesław Tumielewicz. Poeta rodem z Gniezna mówi dalej o nich, jako o poetyckich poruszeniach, które są po prostu za krótkie na wiersze. Dla Tumielewicza zapewne ważne było zapisanie pomysłu, który później znajdował rozwinięcie w kompozycji.

Tytuł książki nie daje spokoju. Otóż Sonny Liston był znanym bokserem, który największe sukcesy święcił w latach sześćdziesiątych XX wieku, gdy był mistrzem w wadze ciężkiej. Podobnie jak jeszcze bardziej znany Rocky Marciano, jedyny niepokonany na ringu, który: „zginął w rozbitej Cessnie 172 / na polu kukurydzy / niedaleko Newton” (Rocky Marciano nie miał). Ten wątek bokserski u Kuczkowskiego pojawi się jeszcze kilkukrotnie, gdy przywoła mistrza olimpijskiego wagi lekkiej z Monachium z 1972 r. Jana Szczepańskiego i pięściarza młodszego pokolenia Adama Kownackiego. To o tym ostatnim napisze, że „Tłuszczyk na brzuchu faluje / jak kożuch na mleku / Lepszy pełny garnek niż pusty” (To nie six-pack). Zainteresowanie sportem (niekoniecznie piłką nożną) wśród braci poetów wcale nie jest takie rzadkie. Nieżyjący pisarz Kazimierz Hoffman lubił oglądać lekkoatletykę i skoki narciarskie, a inny poeta Wojciech Banach w najnowszym zbiorze wierszy Strzępy i pąki przywołuje autentyczną historię z ligowego meczu żużlowego Polonii Bydgoszcz z 1971 r., gdy organizatorzy w radykalny sposób (poprzez wylewkę paliwa, które następnie podpalono) postanowili osuszyć nienadający się do jazdy tor.
Boks to jeden z tych tematów, do których autor chętnie powraca. Bo jeśli nawet, nie pojawia się żadne konkretne nazwisko, widać że ten sport go fascynuje: „Człowiek jest jednak / skomplikowaną istotą / sam siebie nie może po / znać do końca / Na ringu wygrywa jedną / lewą / prostą” (Człowiek jest jednak). Sport jest też trampoliną, dzięki której autor zręcznie przeskakuje na inne tematy. Ale te poetyckie frazy, też mogą trochę przypominać walkę na ringu (niestety, nigdy nie byłem). Trzeba najpierw odpowiednio ustawić się, zająć pozycję, sparować uderzenie przeciwnika lub zrobić unik, a potem dopiero można wyprowadzić cios. Ostatnie wersy tych utworów, to są właśnie takie ciosy, czyli puenty, przeważnie odpowiednio nasączone ironią.
Podmiot liryczny słucha i patrzy. Robi to bardzo uważnie. W zbiorze zawarto fragmenty rozmów zarejestrowanych na ulicy, w tunelu, w kolejce trójmiejskiej, opatrzonych odpowiednimi komentarzami. W tym też kontekście ciekawie brzmi utwór Do trzydziestki, w którym podmiot liryczny stwierdza: „Po sześćdziesiątce brzydzi go / ścierwo Minotaura / gnijące / w labiryncie”. Czyżby nużyły go ciągłe wykorzystywanie tych samych, wciąż oklepanych motywów literackich, zaczerpniętych z greckich mitów? Może właśnie autor to chce nam powiedzieć, że o wiele lepiej wsłuchać się w uliczne rozmowy, poddać wirowi życia, poczuć puls miasta: tam są prawdziwe pokłady poezji, trzeba je tylko umiejętnie wydobyć.
Czasami, gdy połączymy te krótkie poetyckie frazy, układają się one w dłuższe konstrukcje, jak choćby ta o Rwandzie, gdzie z pierwszej (Rząd Rwandy) dowiadujemy się, że rząd tego afrykańskiego państwa sprowadził maczety z Chin „po promocyjnej cenie” – i jak podsumuje podmiot liryczny – „śmierć dobiła targu”, a w kolejnej (A gdy) brnie dalej w temat, gdy jest już po rzezi, a „ziemia / otwarła paszczę: wypluwała / skórę kości krew”, a potem przejdzie do trzeciej, tematycznej frazy (Kim), w której musi pojawić się pytanie o to, co się stało, o kosmiczne konsekwencje zbrodni.
Zresztą ta trylogia o Rwandzie, dobrze wpisuje się w jeden z przewodnich tematów zbioru, którym jest Pani Śmierć. To ona rozdaje karty, niektórzy, co prawda, jak w wierszu (Siedzą w kucki) „przechodzą / do drugiego etapu”. Czy są mądrzejsi? O tym autor opowie w (Sztuce umierania) i we frazie o pewnym wszystkowiedzącym Panu (Pan Google wie), który „wiem co jem / wiem że nic / nie wiem”, a nawet zna sprawcę śmierci.
Ale byłoby niesprawiedliwe, żeby zbiór tych poetyckich fraz sprowadzić jedynie do boksu i rozważań nad śmiercią, nad beznadzieją ludzkiego losu. Otóż czytając zbiorek Kuczkowskiego, można się nie tylko zasmucić, ale też wzruszyć, a nawet zaśmiać, bo mamy tutaj do czynienia z różnorodnością zachowań i polifonią głosów. Autor, co prawda jedynie pokazuje slajdy z ich życia, tam facet w swetrze w pstrokate prostokąty coś krzyczy, zaraz pojawi się wydający dziwaczne odgłosy „Syneczek”, a po nim w trójmiejskiej kolejce spotka nadużywającą wulgaryzmów trzydziestolatkę. Czasami podmiot liryczny jest zdumiony otaczającym go światem. Na widok nowej budowy (W namiocie) stwierdza: „przed domem coś budują / ale nie wiadomo co (…) I to czym? / Dziurawym szpadlem / Sitem do agrestu”. Innym razem w zabawny sposób opowie o niecodziennych złodziejach, którzy kradną mu pomysły na wiersz (Szajka szybkich szopów), a następnie „ukrywają je w słoikach z marynatami”.
Utwory skrojone do siedmiu wersów muszą być esencjonalne. Tutaj innej drogi nie ma. Z drugiej strony mnogość tematów powoduje, że te poetyckie frazy czyta się lekko i z dużym zainteresowaniem. Właściwie jest to lektura idealna dla bohaterów zbioru, tych co choćby w trójmieście jeżdżą kolejką (podejrzewam, że pomiędzy jednym a drugim przystankiem, można by przeczytać co najmniej 5 siódemek). Ale takie rzeczy zdarzają się rzadko – choć od Kuczkowskiego można nauczyć się również tego, że świat jest niezwykle dziwny i wszystko się może zdarzyć.
Gdy po raz pierwszy wziąłem do ręki książkę Sonny Liston nie znał liter i przeczytałem kilka losowo wybranych utworów, to pomyślałem, że autor dużo ryzykuje, wydając tę jakże odmienną od innych książkę. Ale po lekturze całości nie mam wątpliwości, że wydanie jej było dobrym pomysłem. Innym poetom też czasami przydałby się taki przerywnik, czy odskocznia, która pozwala spojrzeć na świat trochę z innej perspektywy, odzyskać świeżość, bo Kuczkowskiemu ta sztuka niewątpliwie się udała.
Po lekturze zbioru pozostaje w pamięci kilka siódemek, te o Rwandzie, te o zwykłych ludziach i o ptakach (kolejne powinowactwo z poezją Kazimierza Hoffmana, który nieraz w swej twórczości wykorzystywał ptasie motywy), ale chyba najmocniejszy ślad pozostawia poetycka fraza o samotności: „bał się umrzeć w jakimś obcym miejscu – / pod płotem na ulicy w hotelu / po sześćdziesiątce już wie – / cały świat jest obcym / miejscem / nie ma tu nic co by było jego” (Do trzydziestki).

Krzysztof Kuczkowski, „Sonny Liston nie znał liter”, Biblioteka „Toposu”, T. 155, Sopot 2018.

Dodaj komentarz