Słodki felieton

Czytam biografię Ireneusza Iredyńskiego „Gra w butelkę” Małgorzaty Raduchy. Krótko mówiąc: powikłane jest to życie. Zaczęło się ono w 1939 roku w Stanisławowie. Powszechnie wiadomo, że urodzić się w tamtym czasie na Kresach nie wróżyło człowiekowi niczego dobrego. Jego matka wyszła z domu w 1941 roku i zaginęła, najpewniej zamordowana przez Niemców bądź ukraińskich nacjonalistów podczas sławetnej rzezi wołyńskiej. Ojciec był w armii, małego Irka wychowywały babcia i ciotki. Po wojnie repatriacja, rodzina przenosi się do Bochni. W roku 1948 pojawia się ojciec i wtedy rozpoczyna się prawdziwy dramat dziewięciolatka. Chłopak regularnie jest przez niego bity. Już po tych kilku zdaniach wprowadzających chyba nie wydaje się dziwne, że to właśnie przemoc była lejtmotywem jego twórczości.

W czerwcu 1979 roku Iredyński obchodzi 40. urodziny. Wtedy mieszka w Warszawie. Już wie, że po wakacjach we wrześniu w Teatrze Kameralnym w Bydgoszczy będzie grana jego Sama Słodycz. Reżyser spektaklu Jan K. Jeruzal występuje w mieście nad Brdą gościnnie, bowiem na stałe związany jest z Teatrem Powszechnym w Warszawie. W spektaklu występują znani bydgoscy aktorzy: Olga Sitarska, Krystyna Bartkiewicz, Hieronim Konieczka, Bolesław Bombor i inni, a w roli tytułowej Maria Quoos.

Czytam recenzję Krystyny Starczak-Kozłowskiej „Gra w zabijanego”. Jest miażdżąca. Krytyczka nie dostrzegła w tym spektaklu niczego ciekawego. Uważa, że utwór jest wtórny w stosunku do dramatów pisanych choćby przez Jeana-Paula Sartre’a. Jego pustkę widać jednak najlepiej, gdy porówna się go do Wizyty Starszej Pani Friedricha Dürrenmatta, gdzie jest bardzo dokładnie przedstawiony proces powstawania przemocy. Autorka recenzji nie kryje swego rozczarowania sztuką, całkowicie przy tym zdejmując odpowiedzialność z aktorów. Według niej to słaby tekst jest wszystkiemu winien, zwłaszcza że nie była to jego pierwsza nieudana inscenizacja.

O czym jest Sama Słodycz? Otóż do sanatorium chorych na gruźlicę przybywa tytułowa dziewczyna. Początkowo jest dręczona przez starych bywalców, którzy ulegają władzy niejakiego Mistrza Ceremonii (w Bydgoszczy w tę rolę wcielił się Antoni Słociński, a w Teatrze Współczesnym w Warszawie Tadeusz Łomnicki). Sama Słodycz jest jednak sprytniejsza od swych dręczycieli i z czasem role się odwracają. Kobieta wymyśliła sobie śmierć Mistrza i do swego pomysłu przekonała innych, wcześniej jemu podległych. Z ofiary staje się więc katem, a wszystko, choć z perspektywy psychologicznej mało jest wiarygodne, zostaje oblane sadomasochistycznym sosem. To nie przypadek, że w bydgoskiej prasie, przy okazji zapowiedzi sztuki, pojawiał się przymiotnik „niełatwa”.

W ostatnim czasie medialną gwiazdą (w dobrym tego słowa znaczeniu) jest Jadwiga Staniszkis. Wśród starszych wypowiedzi znanej socjolożki zainteresowała mnie ta nagrana dla Polskiego Radia w 2005 roku, a przypomniana 9.12.2015, dokładnie w 30. rocznicę śmierci pisarza. Mówiła tam o swoim trzyletnim związku z autorem Żegnaj, Judaszu. Było to na początku lat 70. i Staniszkis właściwie nie wie, czy to była miłość, czy obsesja. Wspomnienia tamtej relacji za każdym razem do niej powracają, gdy przejeżdża przez Bochnię. Słuchając jej, w kilku miejscach nie mogłem powstrzymać śmiechu. Staniszkis mówi: „Najmilsze chwile były wtedy, kiedy Irek spał” albo: „Przy mnie pisał gorsze sztuki, takie socjologiczne”. A jakie w końcu miał pisać u boku młodej wówczas pani doktor? Socjolożka nie kryje, że sytuacje przedstawione w niektórych jego słuchowiskach są „z życia wzięte” i że ona siebie tam widzi, przypomina sobie tamten klimat i tamte rozmowy, jak choćby w słuchowisku Okno, którego główny bohater maniakalnie wpatruje się okno sąsiedniej kamienicy, gdyż zobaczył tam kiedyś migoczące światełko. Jego partnerka powie: „Ledwo wrócisz do domu, siadasz przy oknie i się gapisz”.

Partnerem życiowym Iredyński musiał być niełatwym (i znów ten przymiotnik!). Staniszkis powie: „Przetrwałam, modliłam się, że to się skończyło”. I wtedy skojarzyło mi się, że ta jej przygoda z Iredyńskim miała miejsce w czasie, gdy pisał Samą Słodycz.

Życie to rzeczywiście trochę taka gra w butelkę. Właśnie dostałem w prezencie śliwkę w czekoladzie, wcinam ją i myślę: nie taka zła ta słodycz.

Dodaj komentarz