Marek i Wacek

Byłem dość sceptycznie nastawiony do talentów Pana Lucjana Kydryńskiego. To jego dziwaczne „r” wcale mnie nie śmieszyło, a raczej drażniło. Wydawał mi się on zawsze postacią przereklamowaną i co chyba gorsze wszędobylską. Wszędzie było go pełno: w radiu, telewizji, w Sopocie i w Opolu. Może niezbyt dobrze to o mnie świadczy, ale wyzwalają we mnie swoistą podejrzliwość ci wszyscy, którzy podobnie jak Pan Lucjan łapią wiele srok za ogon: jak powszechnie wiadomo, był on nie tylko felietonistą Przekroju i twórcą audycji radiowych, ale też prezenterem scenicznym, konferansjerem, no i oczywiście występował w telewizji. Wiedziałem też, że napisał sporo książek, ale kompletnie uszło mojej uwadze, że jedną z ważniejszych książek w swojej karierze wydał w wydawnictwie Pomorze w 1990 roku w Bydgoszczy. Rzecz o znakomitym duecie pianistów Marek i Wacek z podtytułem: historia prawdziwa.
Czytam więc tę książkę. Czas leci niewiarygodnie szybko. Minęło już wszakże 25 lat, ale historia opowiedziana przez Kydryńskiego jak najbardziej aktualna: dwójka młodych ludzi Marek Tomaszewski i syn znanego pisarza Stefana, Wacław Kisielewski robią wielką karierę. Okazuje się, że ci dwaj młodzi panowie byli w smutnych czasach Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego polskim hitem eksportowym, no i oczywiście kulturalnym. Obydwaj już w trakcie studiów w warszawskiej szkole muzycznej, gdy tylko zdecydowali się razem grać od razu dostali zaproszenie od… Andrzeja Szwalbego. Ich pierwszy koncert odbył się naszej filharmonii, był rok 1965. Konferansjerem miał być wtedy autor monografii, ale akurat wyjeżdżał za granicę, więc poprosił o zastępstwo Irenę Dziedzic. Wacław Kisielewski później wspominał, że na afiszach uwypuklono nazwisko konferansjerki, a gdzieś małym druczkiem pojawiły się nazwiska prawdziwych bohaterów wieczoru. To w końcu nazwisko Pani Ireny miało przyciągnąć widownię.
Nic dziwnego, że w sercach tych młodych muzyków Bydgoszcz będzie miejscem szczególnym, do którego chętnie powrócą. Dziesięć lat później, gdy dawali koncert w mieście nad Brdą byli już uznanymi artystami. Przyzwyczajeni do wysokich europejskich standardów (przez wiele lat koncertowali głównie w Niemczech Zachodnich i Francji), byli nieco zaskoczeni standardami polskimi, ale oto w Filharmonii Pomorskiej wszystko było jak trzeba. Wyborne fortepiany, świetna akustyka i życzliwa artystom publiczność.
Największą siłą książki Kydryńskiego jest to, że podczas kariery scenicznej dwóch utalentowanych pianistów autor cały czas utrzymywał z nimi kontakt. Wiedział dużo o ich życiu prywatnym, o kobietach Marka i Wacka, o ich poglądach i zainteresowaniach, a nawet o finansach i tą wiedzą podzielił się z czytelnikami. Ujawnia niezbyt wygodne fakty dotyczące Wacka, który oprócz gry na pianinie miał jeszcze jedną pasję: hazard. Zresztą obydwaj panowie w młodym wieku doświadczyli sławy, pieniędzy i uznania. Można by nawet rzec, że muzyczny świat leżał u ich stóp. W skład ich urozmaiconego repertuaru wchodziły głównie utwory klasyczne, ale w nowym brzmieniu, w tym najczęściej wariacje na temat Chopina, Griega, Moniuszki, Beethovena i Bacha, jazz, motywy lokalne, a nawet słynna Kołysanka Krzysztofa Komedy.
Nazwisko Komedy pada tu zresztą nieprzypadkowo. On podobnie jak Wacław Kisielewski, zginął zupełnie bezsensownie, na skutek urazu jakiego doznał podczas wycieczki suto zakrapianej alkoholem z udziałem Marka Hłaski. Kisielewskiego, wybitnego artystę, ciągnęły w dół liczne słabostki. Z kart książki wyłania się zatem postać nie tylko hazardzisty, ale też lekkoducha i bawidamka, dodatkowo mającego problem z alkoholem. On też właśnie był pośrednią przyczyną śmierci artysty. Był dziewiąty lipca 1986 roku. Na wiejskiej drodze pod Wyszkowem, po suto zakrapianej imprezie, samochód marki Saab, w którego wnętrzu znajdowało się trzech mężczyzn wypadł z drogi. Kierował obywatel Francji, obok niego na przednim siedzeniu siedział Wacek, który wypadł przez przednią szybę i stracił przytomność. Zmarł trzy dni później w szpitalu w Wyszkowie.
Głupia śmierć Wacka i jeszcze gorsze załatwienie sprawy przez sąd. Obywatel Francji wpłacił kaucję, został zwolniony z aresztu i spokojnie opuścił Polskę.
Cudowna kariera zakończona bezsensowną śmiercią. Taki był koniec chyba najbardziej popularnego polskiego duetu fortepianowego. Ale może jest tak, że życie artystyczne nie zna pustki. Na cmentarzu żegnała Wacka trąbka jego kolegi, wschodzącej gwiazdy polskiego jazzu Tomasza Stańki.

Dodaj komentarz